Ta strona wykorzystuje mechanizm ciasteczek (cookies) do poprawnego działania. Więcej informacji na stronie Polityka Prywatności. Zamknij.

Logowanie

Sting

Songs from the Labyrinth

Songs from the Labyrinth  image
Galeria okładek

ZamknijGaleria okładek

  • John Dowland (1562 - 1626)
  • 1 Walsingham [0:38] ; First Booke of Songes, 1597 +
  • 2 Can she excuse my wrongs? [2:36]
  • 3 "Ryght Honorable: As I Have Bin Most Bounde Unto Your Honor..." [0:40]
  • 4 Flow My Tears [4:42]
  • Robert Johnson (circa 1583 - circa 1633)
  • 5 Have You Seen The Bright Lily Grow [2:35]
  • 6 "...Then In Time Passing One Mr. Johnson Died..." [0:32]
  • John Dowland (1562 - 1626)
  • 7 The Most High And Mighty Christianus The Forth, King Of Denmark, His Galliard [3:01]
  • 8 The Lowest Trees Have Tops [2:16]
  • 9 "...And Accordinge As I Desired Ther Cam A Letter..." [0:55]
  • 10 Fine Knacks For Ladies [1:50]
  • 11 "...From Thence I Went To The Landgrave Of Hessen..." [0:24]
  • 12 Fantasy [2:42]
  • 13 Come Heavy Sleep [3:45]
  • 14 Forlorn Hope Fancy [3:07]
  • 15 "...And From Thence I Had Great Desire To See Italy..." [0:29]
  • 16 Come Again [2:56]
  • 17 Wilt Thou Unkind Thus Reave Me [2:40]
  • 18 "...After My Departure I Caled To Mynde Our Conference..." [0:29]
  • 19 Weep You No More, Sad Fountains [2:38]
  • 20 My Lord Willoughby's Welcome Home [1:34]
  • 21 Clear Or Cloudy [2:47]
  • 22 "...Men Say That The Kinge Of Spain Is Making Gret Preparation..." [1:01]
  • 23 In Darkness Let Me Dwell [4:07
  • Sting - vocal
Add to Basket

149.00 PLN

LP-180G 33rpm:

Nr kat.: 4765730
Label  : ClearAudio Records

po 25 latach fascynacji muzyką renesansową... plyta jakby nagrana właśnie wtedy!

Z recenzji: (...) Wielu przeciwników tego artysty mogłoby pomyśleć, że już mu dokumentnie woda sodowa uderzyła do głowy - „znudziło się nagrywać płyty rockowe, więc bierze się za coś o czym nie ma pojęcia”! Prawda jest jednak inna - fascynacja artysty XVI-wiecznym kompozytorem trwała od wielu lat, a punkt kulminacyjny nastąpił po spotkaniu z Edinem Karamazovem - jednym z najlepszych lutnistów na świecie, który towarzyszył mu w realizacji tego niecodziennego projektu. Przepraszam, stwierdzenie „towarzyszył" obraziłoby talent wielkiego lutnisty - jego kreacja to coś więcej niż zwykły akompaniament - to była porządna dawka sztuki lutniowej w najwspanialszym wydaniu. Sting przed tym jak postanowił zarejestrować swoją nową fascynację, doskonale się do tego przygotował - pobierał lekcje u profesora Richarda Levitta ze Schola Cantorum w Bazylei, który podzielił się z nim swóją wiedzą na temat wykonywania muzyki dawnej, ćwiczył głos, sposób oddychania. Zdawał sobie sprawę, że jego dotychczasowe umiejętności nie wystarczą - potrzeba mu solidnej profesjonalnej wiedzy. Podejrzewam, że gdyby Sting zarozumiale stwierdził, że on to zrobi po swojemu, bez pomocy i odpowiedniej wiedzy, wyszedłby kicz, jakich mamy w muzyce dziesiątki. Tymczasem... Słuchając po raz pierwszy Pieśni z labiryntu odłożyłam na bok mój zachwyt nad Stingiem i spróbowałam na tę muzykę spojrzeć z całkowitym obiektywizmem. Muzyka zaczarowała mnie sama. Słuchałam jak urzeczona. Po 45. minutach już wiedziałam, że mój idol mnie nie zawiódł, że z szacunkiem i pasją wywiązał się z zadania, jakie sobie postawił. Krążek zawiera 23 utwory. Oprócz pieśni znajdują się także fragmenty instrumentalne w wykonaniu Karamazova i fragmenty listów czytane przez Stinga (sam artysta nazwał tę płytę muzyczną biografią Johna Dowlanda). Jego głos, choć nadal aksamitny i charakterystycznie zachrypnięty (ach, to toskańskie wino!), brzmi inaczej, dostojniej, bardziej profesjonalnie. Bardziej niż sama barwa głosu zachwyca jednak głęboka, niezwykle silna emocjonalnie interpretacja utworów. Sting zdaje się rozumieć każde słowo, każde zdanie, każdą frazę. Każda pieśń to zwarta całość - przepięknie i z wielką pasją opowiedziana historia. Zachwyca i wzrusza. Co więcej - takie pieśni jak chociażby In darkness let me dwell czy moja ulubiona Come again można sobie doskonale wyobrazić w wersjach bardziej nowoczesnych - w opracowaniach rockowych, czy chociażby jazzowych. A słuchać ich można bez końca... Sting doskonale wbił się w konwencję - zbiór pieśni Johna Dowlanda był jednym z pierwszych przeznaczonych dla szerszej rzeszy wykonawców w tamtych czasach nieprofesjonalnych, co zresztą przyczyniło się do jego ogromnej popularności. Same pieśni nie były trudne - prosta lima melodyczna, ograniczony ambitus, nawet rozmieszczenie poszczególnych partii pod różnym kątem na jednym arkuszu papieru (aby siedzący przy stole śpiewacy mogli śpiewać z jednego egzemplarza nut) były pomyślane z myślą o wspólnym radosnym muzykowaniu. Brytyjskiemu artyście udało się doskonale wypośrodkować pomiędzy dwoma, zdawałoby się różnymi światami. Co jednak najważniejsze, nie stracił przy tym nic ze swojego „stingowego stylu”, tak dobrze rozpoznawanego na całym świecie. Nagranie muzyki renesansowej to nie był jego kaprys lub tym bardziej zabieg marketingowy (Sting ma na koncie tyle wspaniałych albumów z hitami, które przeszły już do historii, że doprawdy może sobie pozwolić na małą odskocznię bez zamartwiania się o swój dotychczasowy image), to wyraz uwielbienia i fascynacji muzyką epoki elżbietańskiej, którym postanowił się podzielić z całym światem. Songs from Labirynth to pierwsza od wielu, wielu lat pozycja dla każdego. Melomani będą mogli spojrzeć na tę muzykę nieco innym okiem, a ci, którzy na codzień nie obcują z muzyką dawną może odkryją nowe nieznane horyzonty? Sting stał się pomostem między dwoma światami. Brawo, brawo... Z taką klasą nie udało się to jeszcze nikomu. Jak dla mnie to płyta nie tylko miesiąca, to płyta roku. Magdalena Todynek, MUZYKA21

 

Razem z tą płytą inni Melomani kupowali: