Ta strona wykorzystuje mechanizm ciasteczek (cookies) do poprawnego działania. Więcej informacji na stronie Polityka Prywatności. Zamknij.

Logowanie

SAMPLER STS

Master Tape - Jazz Masters vol. 5

1. Moonlight in Vermont – Suessdorf-Blackburn 2. Sophisticated Lady – Ellington-Mills 3. Strike up the band – Rodgers-Hart 4. Do you know what it means – Alter-De Lange 5. Easy to remember – Rodgers-Hart 6. Where or when – Rodgers-Hart 7. I want to be happy – Youmans-Caesar 8. In a sentimental mood – Ellington-Mills 9. Somewhere over the rainbow – Arlen-Harburg 10. Misty – Garner-Burke 11. Spring can really hang you up – Wolf-Landesman 12. Mona Lisa – Livingston-Evans 13. What’s new – Haggart-Burke 14. My funny valentine – Rodgers-Hart 15. Satin Doll – Ellington-Strayhorn
  • SAMPLER STS - sampler

Produkt w tej chwili niedostępny.

Kopia wykonana została na referencyjnym magnetofonie 6 Philips N4522. Master zarejestrowano na Philips EL3501. Proces kopiowania z wykorzystaniem procesu CCIR Equalisation, na referencyjnym poziomie 320 nWb/m na taśmie 1/4" LPR35. Kopie dostarczane są na specjalnych aluminiowych krążkach z mocowaniem NAB. Jest to wierna kopia oryginału. Zapis z prędkością profesjonalną, radiową, 38 cm/s. Zrezygnowano z wszelkich systemów eliminacji szumów, w tym systemu Dolby, aby nie uronić z nagrania studyjnego żadnej częstotliwości. To jakby dźwiękowa fotografia przestrzeni muzycznej z lat sześćdziesiątych minionego wieku. Jest to wierna kopia oryginału. Zapis z prędkością profesjonalną, radiową, 38 cm/s. Nośnikiem jest japońska taśma Maxell. Zrezygnowano z wszelkich systemów elliminacji szumów, w tym system Dolby, aby nie uronić z nagrania studyjnego żadnej częstotliwości. To jakby dźwiękowa fotografia przestrzeni muzycznej z lat sześćdziesiątych minionego wieku. ********************************* Materiał z roku 1967. Nagranie studyjne, klasyczne w stylistyce, a nastroju i klimacie, powłóczysto-zwrotne, epatujące najbardziej wyszukanymi skojarzeniami. Chwilami trudno wręcz oprzeć się wrażeniu, że poddawani jesteśmy swoistemu... molestowaniu! Nie wiem, czy po to, aby powyższe spostrzeżenie potwierdzić, czy też z całkiem innego powodu - odtworzyłem to nagranie trzy razy. Tak. Od początku - do końca. Przy kolejnym nawrocie, ilość wirtualnego dymu tytoniowego rosła w moim pokoju podwójnie, aromat whysky tężniał, a oczka w pończochach czaplowato stąpającyh dziewczyn nabierały trzeciego wymiaru. W interenecie znalazłem komentarz pewnego flamandzkiego melomana, który zdążył porównać efekt 24 bitowego procesu remasteringu MWCoding Proces, opracowanego pzrez STS-Digital z brzeminiem płyty winylowej z pierwszego tłoczenia. Wniosek jest jednoznaczny. STS ożywił, uprzestrzennił, uspokoił, wyostrzył, zharmonizował to nagranie. Nadał mu cechy typowe dla najbardziej audiofilskiego, high-endowego nagrania z najlepszych współczesnych studiów. Nie znajduję w naszej kolekcji płyty CD o tak rasowym charakterze - zarówno pod względem repertuarowym jak i brzmieniowym. Stawiam ją na półce z krążkami XRCD, K2HD i UltraCD. Tyle o płycie CD i winylu. Teraz - otrzymujemy do ręki dowód pierwszej rangi, dokument o najwyższym stopniu wiarygodności - kopię taśmy-matki. Bez retuszu, bez poprawek, bez jakiejkolwiek ingerencji współczesności. Oto skok w czasie, do studia nagraniowego, do źródła. O niebie można opowiadać różne rzeczy. Że piękne i bezpaszportowe, że nawet ta wredna sąsiadka z naprzeciwka jakoś mniej jędzowato tu wygląda. Ale... tpo dalej tylko spekulacje. Pewnie w niebioe jest taniej i oprócz sobót - piąytki też są wolne. Taśmę mamy w ręku. Możemy w każdej chwili, powielokroć to muzyczne niebo mieć tu, na ziemi. Bez gdybania, przypuszczania i spekulowania. Choć, hm... Z polskim Melomanem to chyba nie do końca dałbym sobie anielskie skrzydełko uciąć. Płyty STS Digital w naszej ofercie.

/*/*/*/*/*/*/*/*/*/*/ Następnym etapem będzie przydzielenie każdemu z nas jego... indywidualnego muzyka. Nie, nie idzie tu o kwestie organizacji życia społecznego, o dobrą zmianę, a jedynie o spełnienie największego marzenia pra-melomanów – ciągłego obcowania z muzyką, z dźwiękiem prawdziwym. - Pan otrzyma w przydziale bębnistę, pan – waltornistę, a pani – piccoloflecistę - zawyrokuje Jego Audiofilska Niebieskość. Czyż nie pięknie? Czyż nie wspaniale? Siedzi pan w biurze, a obok waltornista gra panu obertasa. Kieruje pani tramwajem, a na siedzeniu obok – pianista gra sonatę rewolucyjną Chopina. A kiedy kładziecie się spać, u wezgłowia zasiadają zgodnie trębacz i kontrabasista. I zaczyna się nocne plum, bum, ciach, tra la la uf! Podobnie za ścianą, piętro niżej i wyżej, w całym wieżowcu, także tym obok i w tych siedemnastu na osiedlu... A lecący nad wami w nocnym zwiadzie Marsjanin unosi się bezszelestnie na porywach muzycznych emocji i wzruszeń... Czyż nie pięknie, czyż nie cudnie wprost???? *** Magnetofon w moim życiu odegrał rolę szczególną. W palcach do dziś czuję specyficzną sprężystość taśmy. I odgłos jej cięcia, zawsze pod kątem. Zawsze, to znaczy od czasów stereofonii. Wcześniej montowało się „na wprost”. Stare dzieje. Kiedy dziś uruchamiam te zapisy z przełomu lat 60/70, zarejestrowane na studyjnych telefunkenach, studerach czy revoxach – nie mogę wyjść z podziwu nie nad trwałością rejestracji co... przestrzenią. Chciałoby się rękę w ten dźwięk wsadzić. Taki jest naturalnie przestrzenny. I żywy. Prawdziwy! Później pojawiły się kasetowe philipsy i niemieckie (produkowane dla Stasi) uhery. Co potem było? Eh, powszechna noc cyfryzacji – daty, minidyski, dyskimini itd, itp. Na giełdach staroci ostało się trochę magnetofonowego audiofilskiego złomu, jak kalecząc moje uczucia powiedział przez telefon jeden z handlarzy vintydżu (to też jego określenie). Dziś ceny na ten sprzęt są jeszcze niskie. Ale nabierają mocy. By jak hariery wystartować w górę. Startują już przedsiębiorczy rzemieślnicy, którzy uruchamiają produkcję pasków, wałków, rolek, łożysk, a tyko patrzeć, jak wysypią się manufaktury z głowicami i analogową elektroniką. Magnetyzm – wraca! Magnetyczny zapis na taśmie okazał się niezniszczalny. I doskonały zarazem. W roku 2015 światowa sprzedaż plików nie zdystansowała sprzedaży płyt winylowych. Bo wygoda nie może zwyciężyć prawdy. Trzeba być w istocie szalbierzem własnych ocen, by kupować fałsz zamiast prawdę. Wykluczam pliki studyjne. Tych jednakże nikt nie sprzedaje. Już. Bo i po co? Ale co z tego. Jeszcze miliony ludzi zatraci się w siódmym odmęcie po audiofilskim kisielu! *** Z taśmy matki powstaje płyta CD, z płyty CD powstaje jej ripportret, ten zagnieżdża się w telefonie lub innym cipciku za groszy parę, ale z opisem 24/192. Do kompletu słuchawki od smartfona, tenisówki z niebieskimi neonówkami, czapka ze złamanym daszkiem i... nuuura w muzykę. We flaki. W otrzewną i dwunastnicę jakości. A na liczniku: 300, 700. 2034, 5408 płyt. Zripowanych. Tysiąc komputerów, tysiąc ripperów. Stachanowcy high-endu. Rip. Rip, rip i jeszcze raz rip... I tylko patrzeć, jak w parkach, tramwajach, na skwerach i w tunelach pojawi się nowa forma ekshibicjonizmu... Oto idzie przygarbiony, okutany, ledwo powłócząc nogami – meloman Na przeciwko – z za zakrętu – drugi. Zbliżają się coraz bardziej. Już czują moc przeciwnika, już nerwowo trzymają za poły płaszczy, by w ostatnim przed zderzeniami momencie rozchylić poły z okrzykiem – ile masz plików, bo ja 34785396733! Przeciwnik ma o... dwa pliki mniej. Ale to człowiek honoru, więc klęskę swa uznaje i wygiąwszy nogi w kolanach... do przodu – wraca sromociarz, by przeczesywać siec w poszukiwaniu tych dwóch, nieszczęsnych dwóch plików, których mu zabrakło. Bo już wszyscy mają wszystko, już zripportretowana została każda płyta, nawet kilka czystych CD-Rów. O! To jokery w kolekcji! Czyż nie piękna to wizja audiofilskiego komunizmu? Wszyscy mają wszystko, po równo, i bez złości! No, pięknie! Ale... Trzymajcie się, towarzysze Ripportretowcy! Ja wieję z waszego g-raju. Nie jest mi ciężarem tonettka i stilonowska taśma, nie straszny mi szmaragd z magicznym okiem i chyba 30 kilogramami wagi, ale za to z prędkością przesuwu taśmy 19 cm/s! Ach, ZK-125, 240 i pikowa dama! Co tam jeszcze było onegdaj i z taśmy nam grało? A każdy z tych magnetofonów to jak aparat ekg. Stabilizował rytm, balansował słuch, cieszył kręcącymi się szpulami. Taki audiofilski Kaszpirowski. Dwie szpule, para wpatrzonych w nie oczu i wąż Ka z Kipplinga może iść na hipnotyzerską emeryturę! I tylko patrzeć jak na najbliższym egzaminie maturalnym pojawi się ten temat - przedstaw audiofilską interpretację high-endowej Ody do młodości, znanego Melomana, Mickiewicza Adama: Hej! ramię do ramienia szpula do szpuli! spólnymi łańcuchy taśmami Opaszmy ziemskie kolisko audiofilisko! Zestrzelmy myśli flaki w jedno ognisko I w jedno ognisko duchy ripy!... Dalej, bryło cyfro, z posad świata! Nowymi cię pchniemy tory ścieżki zapisu, Aż opleśniałej zrippowanej zbywszy się kory, Zielone magnetofonowe przypomnisz lata.