Ta strona wykorzystuje mechanizm ciasteczek (cookies) do poprawnego działania. Więcej informacji na stronie Polityka Prywatności. Zamknij.

Logowanie

Lindemann

Cyfrowo analogowy przetwornik USB z odczytem DSD256 i bluetooth - musicbook:10/15

„O tym, jak słuch przejrzał na oczy...”



Tak.

Należy się Państwu prawda.

Pełna i cała.

Bez pomijania szczegółów.

Właściwie – to o nie właśnie idzie.

Więc – Wasza Audiofilska Naturo - zeznaję – proszę protokołować.



Jakiś tydzień temu dostałem pierwsze egzemplarze. Pomyślałem, zacznę od musicbooka:15. Szykowałem się ze trzy dni. Aranżacja stanowiska, wybór plików do odsłuchu, korekta ustawienia fotela, świeżo wyprasowana koszula i czekoladowo-pieprzowa herbata.

Wszystko podłączone.

Ale... uruchomię zestaw pierwszy raz, więc – ze względu na późną porę – lepiej włożę słuchawki, co by nie podrywać na nogi współbojowników lepszej zmiany i dyżurnego z Ochotniczej Straży Pożarnej, tej tu, co jest po sąsiedzku.

Przykucnąłem, nałożyłem i uruchomiłem.

Pyknięcie, syknięcie i cisza.

Na wyświetlaczu miodowe literki i cyferki, bez okularów lekko 'gwiażdżące' krawędziami (ciekawy wyraz).

Intuicyjność nawigacyjna.



Jest USB, jest teleportacja z 44,1 do 196, jest DSD, PCM, jest opcja odtwarzania natywnego.

OK. Zacznę oczywiście od tak wyczekiwanego trybu DSD256.

Potężne pliki, niczym płyty kontynentalne, drgnęły na dysku, ten jęknął, a w tym samym momencie mój błędnik... zwariował (ciągle mam słuchawki na uszach i ciągle jestem w przykucu, obok fotela, herbaty, ale już w świeżo wyprasowanej koszuli.

Tak, przyznaję, nigdy wcześniej mi się to nie przytrafiło. Nie, nie to, żebym nie miał świeżo wyprasowanej koszuli. Mam zawsze! Ale tu chodzi o ten efekt, pierwszy moment, błysk, to uderzenie jak piorunem! Nawet w sytuacji odsłuchu nagrań binauralnych (byłem zorientowany i uprzedzony o niezwykłym efekcie przestrzenności).

Więc opiszę to tak: wyobraźmy sobie - nic nie widać, nic nie czuć – żadnego podmuchu wiatru, najdrobniejszego ucisku, tylko to wirowanie... w głowie. Ty trwasz w bezruchu, a twój mózg wiruje. DOSŁOWNIE! No, proszę to sobie wyobrazić! Mózg kręci się we wszystkie strony, ale nie szumi! Widać mam dobre wytłumienie mojej czaszki.

Tak, mam dowód na zakwestionowanie teorii Einsteina i pana Ziółkowskiego (chyba Stefan), fryzjer z sąsiedztwa. To jest gość! Całe życie chłonął wiedzę z pełnych i pustych czerepów klienteli wszelkiego autoramentu, raz nawet strzygł generała.

Więc mam dowód, że nic nas tu na Ziemi nie jest w stanie ‘ciągnąć’, ‘przyciągnąć’, ‘dociągnąć’ grawitacyjnie, magnetycznie (z klejem wylanym na fotel odsłuchowy nie eksperymentowałem) jeśli słuchamy muzyki w takich wykonaniach, w takiej jakości i na takim sprzęcie jak ja, w tej chwili, pierwszy raz w długim i mocno wirażowym życiu.

Ludzie, w głowie wirowała mi karuzela dźwięków, wzbudzając wrażenia podobne do tych, gdy w dzieciństwie oglądałem pierwsze wesołe miasteczko (są jeszcze takie?). Zrazu inteligencja podpowiedziała – masz uszkodzone słuchawki. Ale jej rywalka – intuicja, podszepnęła – zaufaj, chwyć za wolant, wyjdź z tej beczki, ustabilizuj lot.

Lot!?

Ale ja nie pędzę, ani muzyka też nie ucieka. To co słyszę jest jak wybuch w wybuchu, a każdy z nich miażdżony jest jakimś nadziemskim tłokiem wybrzmienia. Słyszę każdy instrument, omdlewam niemalże konstatując, że ci faceci, gdy te rzeczy komponowali, każdemu instrumentowi napisali inne nuty – i ja - pierwszy raz w życiu to słyszę! Oni musieli to sobie najpierw wyimaginować, a wcześniej – wymyślić. A przecież nie można wymyślić nic, co nie zostało już wymyślone. Więc kim oni, ci kompozytorzy są? To co ja teraz mam sądzić o ostaniem ponad półwieczu mojego życia? Zmarnowane? Stracone na słuchaniu niby czego? Muzycznego serka homogenizowanego? I to bez okrawków truskawek nie nadających się do sprzedaży w kobiałce, więc pakowanych do serka?



Jak teraz to wszystko Waszej Audiofilskiej Waszmości zeznaję, znów czuję w trójcy jedyną myśl trzecią, która równolegle z tamtymi wrażeniami mi się w głowie urodziła. To Muza Nienasycenia mi ją podrzuciła – a ujmę ją tak: już nigdy nie chcę niczego innego słuchać, tylko tego Mahlera, i tego Mahlera i zaraz zamówię kolejnego. Też Mahlera. Każdy w postaci DSD256

Siły witalne, jakie we mnie wstąpiły porównać mogę do... a, może jakaś młodzież tu jest? – do... powiedzmy obyczajnie – zmagań praprzodka z praprzodkinią, żeby nas tak różnonarodowo-wiście napłodzić. To ja jeszcze tyle słyszę? To mój słuch leżał do tej pory odłogiem? Słyszał niewiele więcej od ubóstwa wszechczasów typu dajerstrejtsów? To moje zmysły są w stanie słuchając nagrań w DSD256 – widzieć te swingujące sylwetki muzyków, tę intensywność dobywania dźwięków?

Dyrygenci, to najszczęśliwsi ludzie na świecie. Nikt, powtarzam, nikt poza nimi nie ma możliwości słuchania muzyki w miejscu jej stawania się. My, siedząc w filharmonii słuchamy odbić i ech. Oni są przeszywani dźwiękami niczym strzałami robinhoodów, zbrojnych w waltornie i angielskie rożki, kontrabasy i altówki.

Wszystkie te utensylia widzę i słyszę i czuję ich trafienia, które napawają mnie taką radością. A każde forte, każda nawałnica w stylu katiuszy – cały ten dywanowy, ogniowy nalot dźwięków, wlewa w morderczym pędzie taką siłę życia, z której tylko szarpniecie za ramię jest w stanie mnie wyzwolić:

- Ogłuchłeś? Wołam cię od 5 minut. Twój telefon dzwoni i dzwoni. – Moja „Wojska” wyszła z pokoju, pozostawiając jedynie echo, a ja, w kuckach, ze słuchawkami na uszach, ściskałem w dłoni jeno słuchawkowy sznur” – jedyny łącznik z rzeczywistością.

Co mam z nim czy na nim zrobić? Mogę się audiofilsko obwiesić, albo też highendowo do fotela przysznurować. Bo następne odsłuchy plików DSD256 mogą mnie w jakąś czarną dziurę wrzucić, albo zaplątać w jakieś czasoprzestrzenne struny załamania transcendentnego.



Przyznaję, sławiłem i zaklinałem: XRCD, winyle, płyty Esoterica... Tak, sam ujawnię wiele dowodów przeciwko sobie. Ale od dziś wolę żyć już tylko o highfidelitowym chlebie i wodzie, w postaci plików DSD odtwarzanych na urządzeniach Lindemanna – musicbook: 10, 15, 20 i 25. Oddam wszystkie vintage’owe schaby i kolekcjonerskie polędwiczki, nie chcę już wytwornych przetworników i potwornych lampowych wyrobników, za nic mam tranzystorowe pół potwory i półprzewodnikowe bezprzewodowce.

Tak, jestem szczęśliwy.

Pierwszy raz w życiu doznałem uczucia sensu i wielkiej satysfakcji. Śmiem twierdzić, że tysiące krytyków opisujących geniusz twórców i dyrygentów, a pługiem dla owych rolników uprawiających ugór bez- muzyczny są płyty CD, nigdy nie usłyszało tak na prawdę tej finezji i cudotwórstwa Klemperera, który z Mahlerem rozmawia w języku wyrażanym ruchami batuty. Artykułują fonemy tej komunikacji członkowie orkiestry... tak mi się skojarzyło, jakby byli oni najdostojniejszymi pionkami w partii muzyczno-warcabowych (po polsku: człowieku, nie irytuj się) zmagań, albo krotochwilnych plauder-enek dwóch magów, z których jeden rzuca nutę, a drugi zamienia ją w dźwięk.

Przeto, przyznawszy się do prawdy, proszę o jak najsurowszy wymiar nagrody, a to – uwolnienia mnie z kompresji i wrzucenie na samo dno dekompresji. Mam nadzieję, że za dobre sprawowanie, trafię kiedyś jeszcze do muzycznego Alcatraz, bo czytałem właśnie, że już koduje się i odtwarza pliki DSD512.





--------------- *Nagranie Soltiego, słynne i znane z wielu audiofilskich wydań drugiej symfonii Mahlera (Recorded at Kingsway Hall, London, May 1966), a także Klemperera – tym razem dziewiąta Mahlera (z 1967, New Philharmonia Orchestra).

„O tym, jak słuch przejrzał na oczy...”



Tak.

Należy się Państwu prawda.

Pełna i cała.

Bez pomijania szczegółów.

Właściwie – to o nie właśnie idzie.

Więc – Wasza Audiofilska Naturo - zeznaję – proszę protokołować.



Jakiś tydzień temu dostałem pierwsze egzemplarze. Pomyślałem, zacznę od musicbooka:15. Szykowałem się ze trzy dni. Aranżacja stanowiska, wybór plików do odsłuchu, korekta ustawienia fotela, świeżo wyprasowana koszula i czekoladowo-pieprzowa herbata.

Wszystko podłączone.

Ale... uruchomię zestaw pierwszy raz, więc – ze względu na późną porę – lepiej włożę słuchawki, co by nie podrywać na nogi współbojowników lepszej zmiany i dyżurnego z Ochotniczej Straży Pożarnej, tej tu, co jest po sąsiedzku.

Przykucnąłem, nałożyłem i uruchomiłem.

Pyknięcie, syknięcie i cisza.

Na wyświetlaczu miodowe literki i cyferki, bez okularów lekko 'gwiażdżące' krawędziami (ciekawy wyraz).

Intuicyjność nawigacyjna.



Jest USB, jest teleportacja z 44,1 do 196, jest DSD, PCM, jest opcja odtwarzania natywnego.

OK. Zacznę oczywiście od tak wyczekiwanego trybu DSD256.

Potężne pliki, niczym płyty kontynentalne, drgnęły na dysku, ten jęknął, a w tym samym momencie mój błędnik... zwariował (ciągle mam słuchawki na uszach i ciągle jestem w przykucu, obok fotela, herbaty, ale już w świeżo wyprasowanej koszuli.

Tak, przyznaję, nigdy wcześniej mi się to nie przytrafiło. Nie, nie to, żebym nie miał świeżo wyprasowanej koszuli. Mam zawsze! Ale tu chodzi o ten efekt, pierwszy moment, błysk, to uderzenie jak piorunem! Nawet w sytuacji odsłuchu nagrań binauralnych (byłem zorientowany i uprzedzony o niezwykłym efekcie przestrzenności).

Więc opiszę to tak: wyobraźmy sobie - nic nie widać, nic nie czuć – żadnego podmuchu wiatru, najdrobniejszego ucisku, tylko to wirowanie... w głowie. Ty trwasz w bezruchu, a twój mózg wiruje. DOSŁOWNIE! No, proszę to sobie wyobrazić! Mózg kręci się we wszystkie strony, ale nie szumi! Widać mam dobre wytłumienie mojej czaszki.

Tak, mam dowód na zakwestionowanie teorii Einsteina i pana Ziółkowskiego (chyba Stefan), fryzjer z sąsiedztwa. To jest gość! Całe życie chłonął wiedzę z pełnych i pustych czerepów klienteli wszelkiego autoramentu, raz nawet strzygł generała.

Więc mam dowód, że nic nas tu na Ziemi nie jest w stanie ‘ciągnąć’, ‘przyciągnąć’, ‘dociągnąć’ grawitacyjnie, magnetycznie (z klejem wylanym na fotel odsłuchowy nie eksperymentowałem) jeśli słuchamy muzyki w takich wykonaniach, w takiej jakości i na takim sprzęcie jak ja, w tej chwili, pierwszy raz w długim i mocno wirażowym życiu.

Ludzie, w głowie wirowała mi karuzela dźwięków, wzbudzając wrażenia podobne do tych, gdy w dzieciństwie oglądałem pierwsze wesołe miasteczko (są jeszcze takie?). Zrazu inteligencja podpowiedziała – masz uszkodzone słuchawki. Ale jej rywalka – intuicja, podszepnęła – zaufaj, chwyć za wolant, wyjdź z tej beczki, ustabilizuj lot.

Lot!?

Ale ja nie pędzę, ani muzyka też nie ucieka. To co słyszę jest jak wybuch w wybuchu, a każdy z nich miażdżony jest jakimś nadziemskim tłokiem wybrzmienia. Słyszę każdy instrument, omdlewam niemalże konstatując, że ci faceci, gdy te rzeczy komponowali, każdemu instrumentowi napisali inne nuty – i ja - pierwszy raz w życiu to słyszę! Oni musieli to sobie najpierw wyimaginować, a wcześniej – wymyślić. A przecież nie można wymyślić nic, co nie zostało już wymyślone. Więc kim oni, ci kompozytorzy są? To co ja teraz mam sądzić o ostaniem ponad półwieczu mojego życia? Zmarnowane? Stracone na słuchaniu niby czego? Muzycznego serka homogenizowanego? I to bez okrawków truskawek nie nadających się do sprzedaży w kobiałce, więc pakowanych do serka?



Jak teraz to wszystko Waszej Audiofilskiej Waszmości zeznaję, znów czuję w trójcy jedyną myśl trzecią, która równolegle z tamtymi wrażeniami mi się w głowie urodziła. To Muza Nienasycenia mi ją podrzuciła – a ujmę ją tak: już nigdy nie chcę niczego innego słuchać, tylko tego Mahlera, i tego Mahlera i zaraz zamówię kolejnego. Też Mahlera. Każdy w postaci DSD256

Siły witalne, jakie we mnie wstąpiły porównać mogę do... a, może jakaś młodzież tu jest? – do... powiedzmy obyczajnie – zmagań praprzodka z praprzodkinią, żeby nas tak różnonarodowo-wiście napłodzić. To ja jeszcze tyle słyszę? To mój słuch leżał do tej pory odłogiem? Słyszał niewiele więcej od ubóstwa wszechczasów typu dajerstrejtsów? To moje zmysły są w stanie słuchając nagrań w DSD256 – widzieć te swingujące sylwetki muzyków, tę intensywność dobywania dźwięków?

Dyrygenci, to najszczęśliwsi ludzie na świecie. Nikt, powtarzam, nikt poza nimi nie ma możliwości słuchania muzyki w miejscu jej stawania się. My, siedząc w filharmonii słuchamy odbić i ech. Oni są przeszywani dźwiękami niczym strzałami robinhoodów, zbrojnych w waltornie i angielskie rożki, kontrabasy i altówki.

Wszystkie te utensylia widzę i słyszę i czuję ich trafienia, które napawają mnie taką radością. A każde forte, każda nawałnica w stylu katiuszy – cały ten dywanowy, ogniowy nalot dźwięków, wlewa w morderczym pędzie taką siłę życia, z której tylko szarpniecie za ramię jest w stanie mnie wyzwolić:

- Ogłuchłeś? Wołam cię od 5 minut. Twój telefon dzwoni i dzwoni. – Moja „Wojska” wyszła z pokoju, pozostawiając jedynie echo, a ja, w kuckach, ze słuchawkami na uszach, ściskałem w dłoni jeno słuchawkowy sznur” – jedyny łącznik z rzeczywistością.

Co mam z nim czy na nim zrobić? Mogę się audiofilsko obwiesić, albo też highendowo do fotela przysznurować. Bo następne odsłuchy plików DSD256 mogą mnie w jakąś czarną dziurę wrzucić, albo zaplątać w jakieś czasoprzestrzenne struny załamania transcendentnego.



Przyznaję, sławiłem i zaklinałem: XRCD, winyle, płyty Esoterica... Tak, sam ujawnię wiele dowodów przeciwko sobie. Ale od dziś wolę żyć już tylko o highfidelitowym chlebie i wodzie, w postaci plików DSD odtwarzanych na urządzeniach Lindemanna – musicbook: 10, 15, 20 i 25. Oddam wszystkie vintage’owe schaby i kolekcjonerskie polędwiczki, nie chcę już wytwornych przetworników i potwornych lampowych wyrobników, za nic mam tranzystorowe pół potwory i półprzewodnikowe bezprzewodowce.

Tak, jestem szczęśliwy.

Pierwszy raz w życiu doznałem uczucia sensu i wielkiej satysfakcji. Śmiem twierdzić, że tysiące krytyków opisujących geniusz twórców i dyrygentów, a pługiem dla owych rolników uprawiających ugór bez- muzyczny są płyty CD, nigdy nie usłyszało tak na prawdę tej finezji i cudotwórstwa Klemperera, który z Mahlerem rozmawia w języku wyrażanym ruchami batuty. Artykułują fonemy tej komunikacji członkowie orkiestry... tak mi się skojarzyło, jakby byli oni najdostojniejszymi pionkami w partii muzyczno-warcabowych (po polsku: człowieku, nie irytuj się) zmagań, albo krotochwilnych plauder-enek dwóch magów, z których jeden rzuca nutę, a drugi zamienia ją w dźwięk.

Przeto, przyznawszy się do prawdy, proszę o jak najsurowszy wymiar nagrody, a to – uwolnienia mnie z kompresji i wrzucenie na samo dno dekompresji. Mam nadzieję, że za dobre sprawowanie, trafię kiedyś jeszcze do muzycznego Alcatraz, bo czytałem właśnie, że już koduje się i odtwarza pliki DSD512.





--------------- *Nagranie Soltiego, słynne i znane z wielu audiofilskich wydań drugiej symfonii Mahlera (Recorded at Kingsway Hall, London, May 1966), a także Klemperera – tym razem dziewiąta Mahlera (z 1967, New Philharmonia Orchestra).

  • Lindemann - producent
Add to Basket

14499.00 PLN

przetw. USB_DSD256:

Nr kat.: mb:10 DSD256
Label  : Lindemann (Niemcy)
Add to Basket

16699.00 PLN

przetw. USB+CD_DSD256:

Nr kat.: mb:15 DSD256
Label  : Lindemann (Niemcy)

... Amen

Wszystko, co dotychczas napisano o musicbookach: musicbook:10/15 oraz musicbook:20/25 to jakby... Stary Testament. Bez niego jednak, nie byłoby nowej ery... Na jego fundamencie i technicznych podwalinach objawił się audiofilski wybawiciel wszystkich niedowierzających w cud Melomanów i audiofili. Ci, jak trędowaci, skwaszeni i wiecznie naburmuszeni – będą teraz musieli albo się w nagromadzeniu swojego zabzdyczenia rozpęknąć na kawałki lub przywdzieją pokutną szatę i we włosiennicy przybędą do Canossy, oferujacej musicbooki Nowej Ery. Bo obecne modele – to zupełnie nowy rozdział cywilizacji audiofilskiej. Ale nie wystarczy w ów Nowy Testament uwierzyć. Na nic się zda kupno tych urządzeń jeśli nie ukorzymy się, nie przyrzekniemy poprawy postępowania, a nade wszystko, że będziemy na tych urządzeniach odtwarzać tylko oryginalne, licencjonowane i autoryzowane pliki DSD 64, 128 lub 256. Kto więc gotów jest podążyć nad audiofilski Jordan i obmyć się tam z ciężkiego grzechu ripowania, kto zapłaci prawdziwe pieniądze za najlepsze i szlachetne wino z odwiecznych szczepów yarden, a nie wprosi się sprytnie do Kany Galilejskiej na przekonwertowany trunek, ten dostąpi łaski audiofilskiego zbawienia wiecznego. Wszystko w najlepszej, przez nikogo innego nie osiąganej jakości. Lindemann wyznaczył zatem całemu światu poprzeczkę, której może nikt nie pokonać! Zarówno odtwarzacz sieciowy 20/25 DSD jak i przetwornik 10/15 DSD mają nowe procesory, które w sposób "nie znający litości" - by przywołać wypowiedź producenta - realizują funkcję upsampligu każdego cyfrowego źródła do wartości DS256. Nie od rzeczy więc było określenie kolejnych modeli musicboooków zawołaniem: DSD to nowy analog lub też analog w nowym wcieleniu! I to słychać. Najnowszy model oferuje wejścia: TOSLINK, Koax, USB (32 Bit / 384 kHz + DSD 256) oraz Bluetooth aptX (Technologia APT-X zapewnia wysokiej jakości dźwięk stereo Bluetooth, zapewniając jakość dźwięku przewodowego przez połączenie bezprzewodowe. Ma zastosowanie w najnowszych bezprzewodowych systemach audio firmy Samsung.) USB audio digital to analog converter with fully balanced control amplifier and class-A headphone output, integrated CD-player. Separate DSD converter module for native DSD playback. IR remote control. • Music playback from computers via USB interface up to 384Khz and 32bits • Dual DAC concept with separate D/A-converter for DSD playback • Upsample ALL PCM inputs to DSD. • Fully balanced control amplifier with balanced analogue volume control • Mono-mode-DAC featuring "sonic scrambling" and "minimum phase apodizing" filter • Highly precise Master Femto Clock and synchronous resampling: zero jitter architecture • Class A headphone amplifier • Bluetooth Aptx Streaming. • Reference quality CD-drive



.